Intelligence, czyli Chuck dla dorosłych

intelligence recenzjaChuck, to zabawna historia gapowatego nerda, który pracował sobie spokojnie w mało wymagającej pracy w sklepie z elektroniką. W wolnych chwilach grywał na konsoli z najlepszym kumplem. Wszystko zmieniło się, gdy w jego mózgu zainstalowany został super komputer szpiegowski. Od tej chwili groźni agenci obcych wywiadów i piękne kobiety, stały się dla Chucka chlebem powszednim.

To największe skojarzenie, które przyszło mi na myśl po obejrzeniu pierwszego odcinka nowego amerykańskiego serialu wyprodukowanego przez CBS, którego gwiazdą został Josh Holloway. Wciela się on w postać agenta Gabriela Vaughna, który ma zainstalowany w mózgu prototypowy mikro chip, czyniący z niego najgroźniejszą broń. Gabriel cierpi po stracie żony, w której rzekomą zdradę nie wierzy i przez co podejmuje się brawurowych akcji na własną rękę. Zaniepokojone szefostwo przydziela mu ochroniarza-niańkę, ułożoną agentkę Riley Neal (Meghan Ory). Jej główne zadanie: strzec inwestycji wartej kilka grubych baniek. Latka lecą i pomimo iż na twarzy pojawiło się kilka zmarszczek, to nadal aktor daje swojej postaci podobny magnetyzm, za który wielu pokochało niezapomnianego Sawyera z Lostów, dzięki temu, ugrzeczniona agentka zaraz po kilku cieplejszych słowach zdecyduje się porzucić wpajane pojęcie trzymania się regulaminów, by tylko pomóc głównemu bohaterowi w odnalezieniu prawdy o żonie. A w między czasie wrogi wywiad rodem z Chin wyprodukuje swojego super agenta, taki Sawyer wersji 2.0.

W przeciwieństwie do Chucka, tutaj prawie wszystko jest na serio. Nikt nie zawacha się przed posyłaniem oponentów do piachu. Ponadto mamy przystojnego agenta, działającego instynktownie, lecz skutecznie, piękną agentkę, która porzuciła czerwony kaptur na rzecz odznaki i pistoletu. Ciekawą intrygę. Nie jest to serial strikte naukowy i nikt nawet nie próbuje udadać, że tak mogłoby być. Jest to rozrywka, moim zdaniem całkiem dobra na długie styczniowe wieczory.

Hannibal

hannibal01Na początku przyznam, iż do pomysłu na serial o Hannibalu podchodziłem sceptycznie. W jednego zasadniczego powodu. Jak to Hannibal bez Anthony'ego Hopkinsa? Co prawda krytycy wszczną alarm, iż Anglik wypalił się w tej roli w 2001 roku przy okazji drugiej części. Lecz dla mnie to on stworzył obraz mordercy fascynujący i niepokojący jednocześnie. Był wcześniej Brian Cox, był później młody Gaspard Ulliel. Telewizja postawiła na Maddsa Mikkelsena. Wielkiego, charakterystycznego Duńczyka znanego wcześniej z ról w filmach: Casino Royale, Król Artur oraz Jabłka Adama. Partnerują mu Hugh Dancy (tak Adam!) W roli Willa Grahama oraz Laurence Fishburne w roli Jacka Crawforda. Tyle o obsadzie. Sama fabuła skupia się wokół relacji Lecter – Graham i jest określana, jako luźno oparta na noweli „Czerwony Smok". Moje obawy dotyczące Maddsa rozwiały się prędko. Jego Hannibal jest w szczytowej formie. Jest przebiegły, drapieżny oraz emanuje z niego niepokojąca nutka psychopatyzmu, który kojarzy mi się z postacią graną przez Javiera Bardema w filmie „To nie jest kraj dla starych ludzi". Pozostali aktorzy również stoją na wysokości zadania i wbrew krytykom uważam, że Dancy jest obok Mikkelsena wiodącym aktorem. Serial posiada świetny klimat. Jest bezczelny i bezceremonialny w wizualizacjach. Wszak jeden z odcinków został zakazany w USA ze względu na brutalność. Muzyka idealnie podkreśla nastrój. Nawet czołówka jest super. A jeśli do tego wszystkiego dorzucimy Gillian Anderson!, w roli psychiatry Hannibala, otrzymujemy serial, który osobiście oceniam 8/10. Obok „The Following" i „Demony da Vinci" najlepszy serial premierowy roku 2013.

Harry Potter i Książę Półkrwi

harrypotter6

„...Zapominam, że jesteś już dorosły, Harry..." – prof. Dumbeldore
Zacznę od stwierdzenia, że film mi się podobał. Sporo lepszy od „Zakonu Feniksa". Zatem teraz parę słów o tym, co mnie zachwyciło w nowym Harrym Potterze.
Książę rozpoczyna się zaraz po wydarzeniach przedstawionych w „Harrym Potterze i Zakonie Feniksa". Harry wciąż rozmyśla o tym czego doświadczyli on i jego przyjaciele. Nareszcie nikt już nie zaprzeczy, że Ciemny Pan powrócił i szykuje się do ostatecznej konfrontacji z młodym czarodziejem. Mimo, że pozostaje w ukryciu, to jego śmierciożercy z szaloną Bellatrix Lestrange (Świetna Helena Bnoham Carter!) zacieśniają pętlę spisku. Nowym członkiem organizacji zostaje Draco Malfoy. W Hogrardzie także następuje zmiana, profesor Snape będzie teraz prowadził zajęcia z ochrony przed czarną magią, a jego miejsce przy eliksirach zajmie profesor Horacy Slughorn, wieloletni przyjaciel Dumbeldora, którego ów do spółki z Harrym nakłonili do powrotu na uczelnię. Pojawienie się profesora Slughorna ściśle wiąże się z zadaniem powierzonym Harremu przez dyrektora. Nastoletni czarodziej w wolnych chwilach pomiędzy nauką i buzującymi hormonami (tak, Harry także dojrzewa!), ma prześledzić wspomnienia dotyczące Toma Riddla oraz zaprzyjaźnić się z profesorem Slughornem, gdyż posiada on istotne informacje z przeszłości Toma vel. Voldemorta. Kolejną zagadką jest książka należąca do tajemniczego Księcia Półkrwi, która zawiera wskazówki jak zostać wybornym zielarzem, co Harry wykorzystuje w zajęciach. Lektura ta jednak, ma w sobie coś, co sprawi, że nasz bohater nie będzie mógł się z nią rozstać, aż do momentu pojedynku z Draconem, podczas którego poważnie zrani swego oponenta. Wraz z bohaterami zagmatwanymi w rzucanie uroków (niekoniecznie tych 'złych') oraz w romantyczne zawirowania, zmierzamy do finału, który pozostawi po sobie głęboki ślad na wszystkich...
Film może sprawiać wrażenie dłużyzny, projekcja trwa niecałe trzy godziny. Twórcy starali się bowiem, jak najwierniej przenieść powieść J.K. Rowlling na ekran kinowy. Reżyserem został po raz drugi David Yates (Zakon Feniksa) i jak się okazuje, będzie on kreował świat Pottera także w „Insygniach śmierci". Jest to niezły reżyser, który zna się na swoim fachu. Obraz jest umiejętnie opowiedziany, sprawnie budowane napięcie i umiejętnie wplątane sceny akcji (napad Śmierciożerców na dom Wesleyów) przysłaniają perypetie nastolatków ze szkoły czarowania. Klimat „Księcia półkrwi" jest świetny. To w wielkiej mierze zasługa doskonałych zdjęć Bruno Delbonnela. Muzyka Johna Williamsa, jest taka, jak wszystkie jego prace. Co by się tyczyło gry aktorskiej, to jest tak jak do tej pory. Główni bohaterowie się zmieniają na naszych oczach. Jednak nie chodzi przy Harrym o komentowanie gry aktorskiej młodych adeptów tejże sztuki. Wybijającą się postacią jest Helena Bonham Carter, która jak już wspomniałem wcześniej, doskonale zagrała swoją, wcale nie pierwszoplanową rolę.
Co najbardziej zapamiętam z „Księcia Półkrwi"? Na pewno klimat filmu, przejmującą scenę oddania hołdu nieżyjącemu już patronowi Hogwardu, profesorowi Albusowi Dumbeldorowi oraz to, że Harry nie jest już dzieckiem. Choć może to co po niektórym się nie spodobać, Harry ma już siedemnaście lat, pierwsze kłaczki zarostu i krwawi! Gdy się go porządnie kopnie w szczękę.
Nastały mroczne czasy zarówno, dla naszych bohaterów jak i dla młodych odbiorców. W Harrym teraz giną ludzie, strzeżcie się mugole!

The Following

following04Obejrzałem niedawno pilotowy odcinek „The Following" z Kevinem Baconem w roli głównej. Fabuła przedstawia się następująco: z więzienia o zaostrzonym rygorze ucieka skazany na śmierć seryjny morderca, który w brutalny sposób odebrał życie czternastu młodych kobiet. Bezradny organ ścigania wzywa na pomoc agenta, który przed dekadą go schwytał. Jak się okazuje, cena jaką za to musiał zapłacić pozostawiła na agencie FBI nie tylko poważny uszczerbek na zdrowiu fizycznym. Jest obecnie niepracującym pijakiem z rozrusznikiem serca. Jednak w dalszym ciągu tylko on jest w stanie przewidzieć ruchy zbiega, wniknąć w umysł mordercy. Nie zrozumiany przez innych, w pojedynkę staje naprzeciw swego przeciwnika, a to dopiero początek...
Powiem, że zostałem wciągnięty w ten serial. Z zadowoleniem oglądam Kevina Bacona jako agenta FBI po przejściach, który nie boi się wysnuwać swoich teorii, nie rzadko zupełnie nie zrozumiany i wyśmiewany przez innych. Taki agent Mulder z flaszką w ręce i bez kosmitów czyhających za rogiem. Przyznam, że obsada jest ciekawie dobrana, w pilocie rolę ofiary gra Maggie Grace i nawet nieźle jej poszło, a w mordercę wcielił się zimny jak głaz James Purefoy.following03
Może ten serial byłby jednym z wielu, gdyby nie to, że morderca jest wykładowcą literatury zakochanym w poezji Edgara Allana Poe, która motywuje go do działań oraz, że staje on na czele sekty – kultu seryjnych morderców. Z niecierpliwością czekam pojedynku agenta i osadzonego w celi mordercy, jak i kolejnych odniesień do dzieł autora „Kruka".following01
Dobra wiadomość, jest już zaplanowany drugi sezon.

Zapaśnik

wrestlerNa temat Oscarów powiedziano i napisano już wiele pochwał i krytyk. Bynajmniej nie zamierzam zagłębiać się w słuszność przyznawania Nagród Akademii poszczególnym filmom i ich twórcom. Natomiast oczywiste jest, że w przypadku nominacji do tejże upragnionej przez wszystkich statuetki filmu, określanego jako dramat sportowy, produkcja ma nikłe szanse na końcowy sukces. Jak wiemy, w tym roku, w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy, walczyli ze sobą m.in. Sean Penn za rolę w filmie „Obywatel Milk", oraz po raz pierwszy w karierze Mickey Rourke, za „Zapaśnika". Oscara, jak wiemy, wbrew bukmacherom i krytykom dostał ten pierwszy, który wcielił się w pierwszego w historii Stanów Zjednoczonych radnego, jawnie przyznającego się do homoseksualizmu. Oglądałem ten film - trudno odmówić Pennowi świetnej roli. Jednak bardziej czekałem na dzieło Darrena Aronofskiego, które złośliwi porównywali do „Rocky'ego" czy „Mistrza". Wg mnie bliżej mu do tego drugiego. Ale po kolei.

Czytaj więcej...

Więcej artykułów…

  1. Listy z Iwo Jimy
  2. Vulgar